" /> Czy chcesz spędzić z sobą resztę życia? | Centrum Rozwoju Osobowości INNER HOME

Czy chcesz spędzić z sobą resztę życia?

Aneta Fudała

„Pokochaj siebie”. Wiem, że ten manifest jest z nami od lat. Czasami zastanawiam się, co naprawdę może oznaczać, aby nie pozostawał pustym i irytującym sloganem. W końcu nikogo nie da się zmusić do miłości. A miłość do samego siebie to często ta najtrudniejsza, choć przecież podstawowa, forma uczucia.

Widzę Cię. Tak możemy powiedzieć do kogoś (może do dziecka), komu chcemy przekazać moc swojej uwagi i potwierdzenia. Jak to jest z widzeniem siebie? Widzę się… Nie jest to łatwa sztuka. Patrząc nawet od strony czysto fizycznej, pewne pola mamy z założenia słabo dostępne. Zobaczenie siebie na nagraniu video zwykle jest dużym przeżyciem. Odsłuchanie swojego głosu z nagrania audio również! To dlatego, że mamy różne wyobrażenia na swój temat, często zniekształcone. Zwykle mamy też wyostrzony autokrytycyzm. Może się nam wydawać , że inni tak ostro, jak my, widzą nasze przywary. Albo w drugą stronę – możemy się łudzić, że zaprzeczając słabościom, słabości tych się pozbyliśmy. Widzenie siebie w całości zakłada dostrzeganie również tzw. cienia, w którym mieszczą się nasze mroki, niedostrzegane aspekty siebie, a także niespełnienia, rozczarowania i frustracje. W pokochaniu siebie obejmujemy widzeniem również tę dużą część siebie.

Jeżeli jesteśmy przeciwnikami zjawiska wykluczenia, to zastanówmy się, czy samych siebie nie wykluczamy – swoich części, które wydają nam się brzydsze, mniej atrakcyjne. Kiedy ostatnio pozwoliliśmy sobie na łzy? Czy potrafimy się przyznać przed sobą, że innym czegoś zazdrościmy?

A zatem uwaga! Traktować siebie z czułą uważnością można w najdrobniejszych sprawach, np. przy codziennym myciu twarzy. Wydaje się, że często robimy to z niedbałością, albo niedelikatnie szarpiąc skórę, podczas gdy możemy też z troską i uważnością. Chwile przed lustrem są patrzeniem sobie w oczy.

Nieustannie pozostaję pod wrażeniem, jak mnóstwa uwagi i troski potrzebujemy, gdy przychodzimy na ten świat. W zależności od tego, jak wzajemne interakcje między niemowlęciem a opiekunem przebiegały i w jakim stopniu zostały przyjęte do wnętrza dziecka, tak kształtuje się jego bazowe poczucie własnej wartości na długie lata przyszłego życia. Gdy wszystko pójdzie korzystnie, fala hormonów niemowlaka i opiekuna się zestraja, dziecko może uwewnętrzni nie tylko dobry obiekt (np. matkę), lecz również doświadczenie z obiektem – doświadczenie wdzięczności. Przyjęcie do wewnątrz spuścizny obiektu, który uznaliśmy, daje nam wewnętrzne poczucie bycia docenionym.

Gdy w rozwoju zachodzą traumy i problemy, dzieci chronią wizerunek opiekunów – to mechanizm zabezpieczający wrodzony nam, ssakom. Jednak powstającą dawkę złości i frustracji muszą jakoś zagospodarować, a więc kierują ją na siebie. Gdy self-love niedomaga, cały świat wydaje się trudniejszy, bardziej oddziałują na nas zimne poranki, deszczowe dni czy dołujące zjawiska typu „Blue monday”. Pewnego rodzaju wewnętrzna dobra pogoda może być wdrukowana w umysł, pochodząc z bezpiecznej wczesnej relacji, która przeobraża się w bezpieczny styl przywiązania w dorosłym życiu.

Z wczesnej relacji wystarczająco dobrego dostrojenia z opiekunem będzie płynęło ugruntowane poczucie własnej wartości. Nie jest ono czymś, co trzeba specjalnie objawiać i co się nachalnie manifestuje. Jest raczej spokojną myślą na początek dnia, że będzie dobrze. Dzięki temu śmielej spoglądamy w przyszłość, nie kusi nas prokrastynacja.

Naładowanie takim bezpiecznym poczuciem własnej wartości, w ocenie psychologów, wydaje się obecnie rzadkim darem. U wielu zdeterminowanych osób odbywa się wieloletnia walka o ten dar! Podejmowane metody są różne, na pewno celnie dobranym sposobem jest psychoterapia, ale wiele osób w celu zaakceptowania siebie wstępuje na różne ścieżki duchowego i mentalnego, np. medytacje, kursy rozwojowe, webinary, grupy, kręgi.

Przy wszechobecnym pędzie warto zaznaczyć, że samokochanie to akceptacja, która nie gani i nigdzie nie goni. Paradoksalnie daje impuls do pójścia naprzód, bez poganianie się z bacikiem. Nacisk na modne określenie wyjścia ze strefy komfortu sprzęga się z tym, że wiele osób myśli, że musi boleć i być trudno, aby np. masaż zadziałał lub rozwój się dokonał. Prawdziwe self-love jest zasadzone na łagodnym i wyważonym superego – czyli strukturze, która wówczas chroni i pomaga, a nie gnębi i prześladuje. Jest to superego opiekuńcze i wspierające, które nagradza bardziej, niż karze. Zdrowa samoocena wcale nie ma być wyśrubowana. Gdy zdanie o sobie jest wywindowane w kosmos, budzi to wątpliwości na temat wewnętrznego stabilnego gruntu. Przy kochaniu siebie samoocena jest na plusie, ale z ważnym aspektem stałości i stabilności. Zatem gdy samoocena bardzo spada, bo w pracy nam się coś nie udało albo jest drastycznie zagrożona, bo ktoś z rodziny przedstawia nam swoje pretensje, to oznaka, że nie jest ona naszą podporą.

Podejście, że trzeba siebie kochać brane wprost, może stanowić wymóg nie do spełnienia, gdyż może się nam coś w sobie nie podobać – np. nadmierna impulsywność, niedecyzyjność czy niedoskonałości ciała. Nie chodzi o to, by na siłę myśleć pozytywnie i afirmować , tylko by sobie nie dogryzać , a raczej dać sobie przestrzeń na różne spostrzeżenia na swój temat.

Dobry kontakt ze sobą toruje drogę potrzebom płynącym z ciała, wtedy np. nie musimy zmuszać się do ruchu, tylko odbieramy sygnały potrzeb płynące z ciała. Możemy też wcześniej odbierać sygnały chorób. Podobnie z psychiką – pojawiające się w nas emocje odbieramy jako cenny drogowskaz. Wracając do podstaw stosunku do siebie, kierujemy się w stronę akceptacji swojego ciała. To według seksuologów podstawa zdrowego życia seksualnego. Powstał ostatnio cały nurt ciałopozytywności, który ma rozbrajać wstyd związany z ciałem.

Miłość do siebie to też uznanie, że jesteśmy w życiu raz na fali, raz pod falą – bez obwiniania się. Jest to dawanie sobie czasu na regenerację, na wyjście ze słabszego nastroju. Największą szkołą samokochania jest sytuacja, która nie sprzyja i chce nas pokonać. Jako psychoterapeutka obserwuję całą gamę schematów, w które wpadamy w trudnych sytuacjach: próba niedostrzegania trudności, obwinianie siebie, gloryfikowanie siebie idące w parze z obwinianiem innych i roszczenia. Wszystko to jest oddalone od self-love, od widzenia siebie w prawdzie i w czułości.

Jak już wspomniałam, trwa wyścig do odnalezienia samokochania. Gra jest warta świeczki, im większa miłość do siebie, tym łatwiej kochać i rozumieć świat. Jak to słusznie ujęto: „świat najbardziej potrzebuje twojej miłości własnej”.

I na koniec: przy tej całej fali czepiania się siebie, która większość z nas nieraz porywa, zastanówmy się, z czym dałem radę, co przetrwałem. Zadowolenie i duma z siebie należy się za to, co przetrwaliśmy, z czego wyszliśmy z twarzą, ze swoją prawdziwą twarzą, niekoniecznie z tą ujmowaną w selfie.

Gdy jesteśmy w zgodzie ze samymi sobą, mniej doskwiera nam samotność – przecież jesteśmy w najlepszym możliwym towarzystwie 🙂

 

~ Artykuł ukazał się w lutowym wydaniu newslettera „Psycho-Pudełko”. Aby być na bieżąco, zachęcamy do zapisu – kilkając w ten link!